Linux, Unix, faq, owczi, Wojciech Owczarek, PLD, Java, dmraid, dmsetup, RAID, initrd, kernel, powerbook, ppc, pismo, politechnika koszalińska, fakeraid, ich7, amd64, x86_64

09 august 2007, 23:50:50

Dobra Partia nie jest zła, szczególnie kiedy ledwo wlokąc za sobą nogi wraca się ciemną nocą do domu, po całym dniu biegania w upale (a momentami i w ulewie). Znaleźć / czytać / słuchać.

09 august 2007, 11:46:44

Leżysz z twarzą w poduszce, przerabiając rozmaite scenariusze (czarne jak smoła), w rękach trzymasz telefon i czekasz na wiadomość. W końcu rano zasypiasz; niedługo potem budzi cię jakiś domowy hałas, i znów leżysz. Po tygodniu każdy by miał dość.

04 august 2007, 16:58:19

Któregoś razu owczi był w Centrali nie sam. Po chwili jednak zrobił się sam, bo Ktoś z Centrali wybiegł. Nie śpiesząc się zbytnio poszedł do toalety, po czym podszedł do baru żeby się pożegnać.

- na co czekasz, biegnij!
- biegnij, biegnij... szmacił się nie będę.

28 june 2007, 03:23:23

Gdyby nie moje podręczne, prywatne repozytorium svn, byłbym teraz w tak zwanej dupie. Przez tydzień jakoś mnie wzięło na słuchanie Perkele. Komentarz matki przy śniadaniu, odnośnie muzyki (że niby jakaś faszystkowska i że w całym domu słychać):

- nie wiem co w tobie siedzi, ale ty jednak jesteś odmieniec jakiś.

Grubo. Chociaż właściwie to kiedyś sam tak o sobie myślałem.

06 may 2007, 19:51:43

Jak to śpiewał Waters w Nobody Home: I got sixty channels of shit on the TV to choose from. Leżę od tygodnia z jakimś lekarze-nie-mają-pojęcia zakażeniem, i w chwilach desperacji oglądam telewizję. Szlag mnie jasny trafia jakie kurewskie gówno leci 24h/7. Albo amerykańskie komedie romantyczne Przez Debili Dla DebiliTM, albo tak zwane filmy sensacyjne. Stacji muzycznych nie włączam, bo na szczęście nie mam zapędów samobójczych. Tylko Kino Polska i TVP Kultura czasem mnie ratują. Koszmar. Do tego nikt się mną nie zajmuje i gdybym nie miał instynktu samozachowawczego to bym kurwa nic nie jadł i nie pił. Zasnąć nie dość że nie mogę to za każdym razem jestem budzony co najmniej trzy razy w nierównych odstępach, a potem budzę się o szóstej szczękając zębami bo pościel jest tak mokra że można ją wykręcać. I tak do zajebania, cholera wie jak długo jeszcze.

09 april 2007, 04:09:13

Delphi jest śmieszne. Takie kurwa kudłate i milutkie. Albo jestem jakimś świrem i ascetą, albo wszyscy inni developerzy windowsowego oprogramowania na świecie tłoczą w swoje produkty setki zbędnych dll-ek. Ja od chyba dwóch lat pozostaję przy binarce 800 kb. I nawet zszedłem z większego rozmiaru. Todo: shackować UPX-a dorzucając tylko-mi-znany mechanizm szyfrowania. Z ciekawości podsumowałem: pascal - 666 kb kodu, projekt ma trzy lata. Java - 419 kb kodu, projekt duchowo ma trzy lata, fizycznie kod ma ze dwa miesiące. Jednak zdumiewająco łatwo wróciłem do Pascala i VCL po kilku miesiącach non stop Javy i Swinga. Ale brakuje mi łatwości z jaką wszystko się uabstrakcyjnia w Javie. W pascalowym projekcie dawno już na to za późno. A żeby było śmiesznie to zanosi się na kolejną robotę w PHP. Składnia to składnia, w końcu =>jestem inżynierem<=. Zresztą, po CLIPSie nic mnie już nie zdziwi. Myślałem że jak w każde święta pogram sobie chwilę w Runescape - chyba nic z tego. Czyli możesz być ze mnie dumna.

Koledzy z liceum nie mają już ochoty i weny na jakiekolwiek spotkania.

Minął tydzień a ja ciągle czuję Cię w tym ikeańskim łóżku. Stancja z kotem stała się jakaś chłodniejsza, odkąd tu naprawdę znów poczułem że jestem w domu. Nic dziwnego, w końcu to jest dom. Czeka mnie wtorek, czeka mnie majówka na Kaszubach, czeka mnie Albania. Ale interesuje mnie najbardziej to że Ty (na) mnie czekasz. Reszta się zbytnio nie liczy, różne tam ReportBuildery, raporty MPW, eksporty i importy, XMLe i backupy. Bure suki również, a także ciule wszelkiej maści. Najlepsze jest to że To Co Się Dzieje jest w takim samym stopniu dziecięce, szalone i namiętne, jak stonowane i poważne. A na przykład takie krowy.... I kurczak z pieczonymi ziemniakami, w śliwkach.

[x] Pralka ;)

25 february 2007, 00:13:17
  • śpię po dwie godziny na dobę albo wcale,
  • nie mam pieniędzy,
  • zawalam wszystko czego się dotykam,
  • historia się powtarza,
  • staram się nie dać sobie wkręcić złego samopoczucia bo robię co mogę.

Poza tym wszystko dobrze.

24 december 2006, 03:39:39

Ponieważ ludzie zwykli mnie olewać, na jakiś czas zaprzestałem produkcji kartek świątecznych; w tym roku jednak powracam do mojej małej tradycji. Oto efekt końcowy drogi od kartki papieru i czerwonego markera (przez zrobienie tej kartce zdjęcia, zaaplikowanie narzedzia progowania, zwektoryzowanie bitmapy, rozdzielenie na części składowe, powypełnianie kolorem i gradientami) do wektorowej grafiki SVG:

ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE (nie zapomnijcie najechać na worek)

A skoro już tu jestem... Właściwie to nie ma tu czego pisać. Tym razem wszystko co się dzieje to sprawy prywatne. Czyli po prostu nie chcę żebyście łykali łzy w kącikach swoich pokoików z zazdrości. Cytując dawnego kolęgę, Chlora: "No co, taka prawda!". Chuj w dupę amerykańskiej reklamie na polskiej ziemi.

28 october 2006, 21:18:29

Perlistym śmiechem reaguję kiedy dochodzi do mnie, że nie potrafię sobie przypomnieć Jednego Numeru Telefonu, albo Adresu Innego Bloga. Tak jakby wbić klin w wielki kloc drewna, uderzyć raz i czekać, patrzeć jak pęka dalej. A pęka, aż trzeszczy. I oczywiście, szczupłej blondynce - dziękujemy. Głos rozsądku, który mówi, że nie powinienem tak mówić, bo przecież zyskałem wielkie doświadczenie. Dłoń rozsądku, która lekko wali mnie po łapkach kiedy siedząc w teatrze zaczynam przy czymś tam sobie dłubać. Głos, który umie również powiedzieć "tak", albo "nie" dokładnie kiedy uważa że tak, albo że nie. Oczywiście to "tak" i "nie" nie może być w stu procentach jasne i czytelne - specyfika gatunku - ale jest akurat na tyle czytelne, że czytam. Właśnie, czytam. Uczę się czytać. A jeśli chodzi o znany, polski komunikator internetowy - patrz szczupła blondynka. Nie robi na mnie wrażenia, że to przejściowy zapach za piętnaście złotych; robi na mnie wrażenie to, że go czuję i pamiętam.

21 october 2006, 23:26:46

Sałatka z dwóch serc.

Składniki: Dużo nowych ludzi, tylko koniecznie nie przekombinowanych. Skok w grze w klasy, ale taki którym opuszczasz kredową planszę i przelatujesz poza płot przedszkola. Uśmieszki chłopaków komentujących kołnierzyk twojej koszuli, kiedy odmawiasz wpadnięcia na wódkę do piwnicy w bankowcu, ponieważ jesteś umówiony. Czekolada i herbata z Centrali. Wartownik aresztu z błyskiem w oku. Nowy, fascynujący sposób na oglądanie Scarface (dwie godziny, pięćdziesiąt minut). Trójkąt: kobieta, mężczyzna, kot. Jajecznica. Czerwone oko, które na szczęście rano nie było już czerwone. Wieczór przy piwie i chlebie ze smalcem. Słodkie sześćdziesiąt kilogramów. Przygryziona warga. Balkon i ceglany budynek. Żubrówka z sokiem jabłkowym. Wielki krąg wokół księżyca.

Sposób przyrządzania: Wszystkie składniki dobrze wymieszać, obficie polać ciepłymi uśmiechami - własnymi i mijających ludzi, doprawić pierwszością i lekkim zawstydzeniem.

Propozycja podania: Podawać na ciemnoróżowym kocu, w żółtym pokoju.

Uwagi: Spożywać codziennie, dawkować umiarkowanie - aby całkiem nie przesłonić życia. W przypadku wystąpienia oznak uzależnienia, należy niezwłocznie skontaktować się ze specjalistą, aczkolwiek uzależnienie takie zwykle nie jest uleczalne.


Internet jako platforma komunikacji intymnej, jakoś mnie już nie kręci. Tych, których kręci dalej - serdecznie mi żal.

15 october 2006, 18:50:12

O kurwa, dawno nie jeździłem na rowerze. - odstawiwszy pojazd do garażu powiedział owczi dysząc ciężko, po czym z opcji: - wziąć prysznic lub - złożyć raport smsowy, wybrał bez wahania (ale nie bezmyślnie) opcję pierwszą. Bo potem nie był bym już zmęczony, kumasz o co mi chodzi....

04 october 2006, 14:21:43

Życie jest jak taśma VHS. No, może niektórzy kłóciliby się, że BetaCam (haha, albo DVCam nagrana w NTSC - czyli nikt za cholerę nie ma go jak odtworzyć). W każdym razie siedzi w magnetowidzie. I chyba nawet nie jest to jeden z tych ładnych klasycznych sprzętów Sony z wysuwaną konsolą / mini stołem montażowym. Raczej obskurne pudło z przyciskami: << |> || [] >> . Cały numer polega na tym, że odkąd ten magnetowid włączą, to nie ty wciskasz te przyciski. Ty możesz co najwyżej ostrym szarpnięciem wyciągnąć wtyczkę z gniazdka. Wciskać te przyciski mogą natomiast inni ludzie. Czuję się jakby u mnie z << |> || [] >> , ktoś zmienił na << |> || [] >>

03 october 2006, 02:55:38

Niewinne wyjście na kawępiwo. Powiew świeżości. Tak w życiu w ogóle. Zadziora. Good one.

25 september 2006, 00:22:52

Ale numer. "Twoja ślina ma smak papierosów i wina" to były Komety - "W dżinsach i w swetrze". Nie pamiętam właściwie kto i kiedy, na jakimś blogu chyba. W ogóle dziwne jak mało pamiętam. A słowa zaraz po tym cytacie, niezłe.

22 september 2006, 11:39:05

Niebieskie jeansy, pierwszy raz od wielu lat. Ostatecznie się zasymilować. Wtopić się podstępnie, ciągle będąc łatwo dostrzegalnym przez odpowiednich ludzi. Ogólnie rzecz biorąc - nie warto się szarpać i silić na zachowywanie dobrych układów, jeśli wy macie to gdzieś. Nie oczekujcie już prób kontaktu, czy odruchowej grzeczności. Potrącę was na ulicy i nie powiem dzień dobry. Albo powiem kiedy będę miał interes. A jak tylko się upomnicie, to wezmę was na buty. Podsumowując: pierdolę, mam w dupie. Ciebie, ciebie, o, i ciebie również. A Ciebie przede wszystkim. Pożegnam się jak cygan z Torunia. Nara, spierdalam. Cock Sparrer - Crack in the Mirror A, byłbym zapomniał. Słuchajcie mieszanki najciemniejszych utwórów Portisheada, Herbalisera i Sneaker Pimps przeplatanych albumem Air - Virgin Suicides chodząc samemu po mieście / pijąc. Właśnie to, a nie napis na paczce papierosów, gwarantuje długą i bolesną śmierć. Sentymentalność - nie ma co, dobre określenie. Co się gapisz.

11 september 2006, 03:07:33

Z archiwum polskiego hip hopu: Pluję na ciebie. Sprawdź to! Credits go to Kościak a.k.a. dr NeoAlban.

11 september 2006, 03:01:30

Znów nadszedł ten czas - jesień już na przedpolu bitwy. Decyzja o założeniu podpinek do parki bundeswehry i płaszcza w kolorze cygara jest tak samo funkcjonalna jak symboliczna. Zawsze po wieczornym wyjściu ze znajomymi dopadają mnie mętne myśli, gdzieś z tyłu głowy zazgrzyta hasło "zgniłeś, jesteś nikim". Pociesza tylko - "nie ty jeden". Filmowe wizje - pogrzeb na którym staję przed jakimś szczeniakiem będącym tego pogrzebu powodem, i nie daję mu w mordę, tylko na jego niemrawe otwarcie ust aby coś wymamrotać - dmucham mu w twarz gęstym dymem o zapachu wiśni i odchodzę zostawiając go mentalnie trafionego eksplodującym pociskiem, przystając tylko czasem aby z szacunkiem skłonić głowę przed kimś z rodziny. Zbliża się również czas kilku rocznic - pierwszych, ostatnich, ważnych, błahych. Jestem czasowymmarnowaczem! Kim? Czasowywowymarnowaczem! Czas marnuję! A, to dobrze.... Nienawiść można wyhodować, ale hodowanie nie jest niezbędne. Wystarczy zapomnieć o jakimś niby to spleśniałym i przejrzałym nasionku, a wykiełkuje i zapuści korzenie tak mocne, i tak daleko, że ani się spostrzeżesz jak wylezą ci przez podłogę w pokoju. Kiedy pomnożysz swój wiek przez 365, dołożysz po jednym dniu za każdy rok przestępny, oraz dodasz ilość dni od ostatnich urodzin do danego momentu - to twoje dni są policzone. Podaj mi rękę tylko po to, żeby kiedyś nie poczuć jak to jest kiedy biegnie się na złamanie karku z wyciągniętą ręką do kogoś, kto okazuje się rąk już nie mieć.

27 august 2006, 04:52:23

Serce - boli, żołądek - nie toleruje niczego, sen - nie przychodzi. Od dwóch dni, czy może dłużej? Leżę na wznak, oczy zamknięte czy otwarte - bez znaczenia, mogę tak trwać do rana, i pewnie będę, gapiąc się w podpowiekową ciemność albo w cień żyrandola, pulsujący razem z diodą uśpionego powerbooka. Matka mówi "jeśli nie mnie, to znajdź sobie jakiegoś przyjaciela czy przyjaciółkę, rozmawiaj, bo ty może dusisz to wszystko w sobie, długo tak nie pociągniesz". Czy to jest niezdrowe - myśleć, że ludzie i tak dość mają swoich problemów, żeby jeszcze kazać im słuchać moich, które co najgorsze od dłuższego czasu przedstawiają się tak samo, i dodatkowo narażać się na reakcje w rodzaju "przestań się mazgaić", czy "dość mam twojego jęczenia"? I już pal diabli fałszywe założenia, niektórzy naprawdę mają co robić. Zawsze radziłem sobie sam. Wstaję, jedyne na co mam żywą ochotę to owinąć pięści bandażem i tłuc w ścianę, aż ręce całkiem omdleją, albo rozpierdolę sobie śródręcza i połamię palce. Nie zaszła żadna zmiana, oprócz tego że schudłem - ale i to nieprawidłowo - zapadłem się w sobie, zmarniałem. Zasnąć z głową na kolanach wstaw tu imię postaci kobiecej i mówić, mówić, płakać, mówić, zasnąć. Albo słuchać jej i płakać z nią, tak samo by zadziałało, wypaliło rany i pozwoliło światłu znów ze mnie wypełzać. Tymczasem - każdego następnego dnia będę się uśmiechał jeszcze naturalniej i wyglądał jakby było mi jeszcze lżej. Liczę na to, że guma od gaci łącząca mój interior z eksteriorem jest jeszcze w na tyle dobrym stanie, że nie pęknie. Gdyby pękła, to - o chuj, szkoda gadać. A ty sobie z wszystkiego drwisz... Ooo kamuflaż, heroina... Dzisiaj tylko one pozostały ci, bo wiesz, że... Kamuflaż, heroina." Grzebiecie pasjami w amerykańskim rozmemłanym emo, i próżno tchnące garażem punkrockowe perełki czekają na odkrycie przez wasze zmętniałe uszy, ja muszę je doceniać za was.

Cudownie jest, powietrze jest, 
dwie ręce mam, dwie nogi mam, 
w chlebaku chleb, do chleba ser, 
do picia deszcz. 
Nadchodzi noc, i zimno z nią, 
dwie ręce mam - obejmę się, 
utulę się, ochronię się
we własną sierść. 
Daleko świt, nie widać nic, 
dwie nogi mam - dojedziemy tam! 
fruwają mgły, szczekają psy - 
niech Pani śpi,
niech Pani śpi....

To była Parafraza - Piosenka dla

24 august 2006, 15:34:28

A któż to z United Kingdom? Nadrabiasz zaległości w moich życiowych treściach? Wszystkich wywiewa do Anglii. Tyle że przecież nie wiem kim jesteś, bo Cię już nie znam, a tymbardziej nie pamiętam. Fare thee well.

Wiadomość tekstowa: jesli cos, to ok 17 kolo starej pizzerii przy pewexie. Cholera, jak w gangsterskim filmie!

20 august 2006, 02:16:12

Sytuacje i relacje w życiu, które normalnie nazwałbyś typowymi dla taniego serialu, wydają się takie tylko dopóki nie przydarzą się naprawdę. Zdumiewające, jakich rzeczy możesz się dowiedzieć o ludziach, których wydawało ci się że poznałeś bardzo dobrze. Jeszcze bardziej - że może cię to wprawić w dobry humor. Smutek, z przejściową falą nienawiści, zamieniasz ostatecznie w wymowne uniesienie brwi i arystokratycznye wydęcie ust do wypowiedzenia "pathetic...". A jak bardzo możesz być ślepy, dowiesz się tylko kiedy przejrzysz. Szacunek. Nie wolno nie szanować, szczególnie przyjaciół. Ci, którzy tak czynią, doświadczą tego samego - wcześniej lub później, wierzę w tę dosiężność.

11 august 2006, 17:33:03

Moja najbliższa rodzina twierdzi, że nienawidzę pracy fizycznej. Bynajmniej nie jest to prawdą, tyle, że układ mojego dzieciństwa był akurat taki, że lubić jej nie mam podstaw. Czasem lubię, a co najważniejsze zawsze cenię pracę fizyczną, lubię szczególnie kiedy pracuję w dobrym towarzystwie. Dobrym towarzystwem jest wuj Romuald; zawsze praca z nim to czysta zabawa, niezależnie od tego czy jest to dźwiganie głazów czy dmuchanie baniek mydlanych. Kawał chłopa; cięty język i bogactwo powiedzonek, którch zapas jest prawdopodobnie niewyczerpany - składających się głównie z bluzgów, ale bluzgów z klasą. Dzisiejsza akcja - tniemy żywopłot rosnący przy drodze dojazdowej do domu. Piękny, dwudziestoletni pas buków. Ściana ostatecznie wyszła dość równa; docieramy do końcówki, wtedy wuj odkrywa przede mną swój diaboliczny plan:
- Wiesz co, ja bym tu zostawił taką jedną gałązkę... wiesz po co?
- Nie wiem... dla porównania? -
niezręcznie próbuję racjonalnego myślenia.
- Nie. Żeby wszystkich wkurwiała. Ze mną na czele.
Kiedy plan został zrealizowany, a rasowa witka z kępką liści na końcu wystawała już dumnie z pasu zieleni, nadszedł czas na podsumowanie.
- No i jak?
- Zajebista. -
odpowiadam właściwym stylem.
- Ta, taka nawet całkiem niezła.

10 august 2006, 23:11:45

Mówię o sobie, że jestem prostym człowiekiem - czasem nawet z dumą. - Co przez to rozumiesz? - pytają. Jacek Kaczmarski wie.

Ja prosty człowiek - mądrym ufam,
Sprytnym nie wchodzę raczej w drogę,
Mówię niewiele, chętniej słucham,
Pojmuję to, co pojąć mogę.
Dla głodnych talerz mam i stół,
Z tego com zebrał - oddam pół.
Ale jak sięgnie ktoś po wszystko -
Łapy przetrącę
- Ja nie Chrystus!

Staję się ostatnio coraz bardziej cichy i delikatny w środku, zbyt łatwo mnie poruszyć. Coś się kołacze. SDM - Czwarta nad ranem.
Ponieważ poczułem się pusty (gorzej niż zupełny kmiot, bo kmiot rzadko bywa świadom swojej kmiotowatości), postanowiłem zacząć nadrabiać moje kulturalne wyjałowienie. Równać nie aby równać. Równać bo warto, nawet jeśli ma się to okazać iluzją. Ja to sobie tańczę, siedząc przed lustrem, nieruchomy, z zamkniętymi oczami, tańczę to sobie, ja to sobie tańczę, wyjąc bezgłośnie.

08 august 2006, 23:15:14

Wiem gdzie byłem
Wiem gdzie chciałbym być
Nie wiem gdzie jestem
запах твоїх сосен

27 lipca 2006, 18:23:55

"Informatyk z banku"

Dzwoni pani która ma problem z programem. Mówi, że ma tam takiego informatyka z banku z którym ma umowę, i jak podeślę aktualizację to on się tym zajmie. Żeby dojść źródła problemu, napisałem do owego człowieka krótką notkę - proszę o spakowanie dowolnym archiwizatorem plików z katalogu (...) i wysłanie mi. Pliki miałem zamiar odszyfrować, zobaczyć strukturę, i poprawić ewentualne błędy.

Dostaję maila. Siedem maili. W każdym z nich dwa z podzielonego na czternaście części archiwum arj, oczywiście wielkości circa 1456000 bajtów - zapewne z przyzwyczajenia zamierzał je zanieść dokądś na dyskietkach. Mogę dodać, że zostały spakowane antyczym aerjotem (sam pamiętam dosowe gry które z wypiekami instalowałem na moim 286), antycznym w sensie wersji, toteż nazwy plików są w formacie 8.3 - a pierwotne oczywiście miały średnio ok. 30 znaków w nazwie - ważne o tyle, że jeśli te pliki naprawię, to program u tej pani już ich nie zobaczy przy domyślnej konfiguracji.

Albo był to prowokacyjny żart a propos terminu "dowolny archiwizator", albo ten człowiek innego nie zna - dodam, że komputer na którym się to działo miał dostęp do Internetu, i zapewne był tam jeśli nie Total Commander, to chociaż poczciwy WinZip czy WinRar. A więc oni tam na DOSach, a nie na VMSach i unixach, w tych bankach pracują?

Niestety był to kolejny "informatyk z banku" z którym miałem kontakt, i który nie przyczynił się do poprawienia mojego o tych ludziach zdania. Rozumiem, że to informatyk "z powierzchni", a nie "z serca" banku, ale, do cholery, to właśnie ci z powierzchni mają kontakt z ludźmi.

24 lipca 2006, 13:27:39

Do Lubiąża nie pojechałem. Myślami jednak cały czas byłem tam - brzmi tanio, ale ja już się takiego brzmienia ani nie obawiam, ani nie wstydzę. Firmowa konferencja. Przyjeżdżam - czwarta rano - hotel naprawdę świetny - instaluję się w pokoju, i hodując jeża siedzę kolejne dwanaście godzin przy moim wiernym powerbooku, zmagając się przed prezentacją z perlem, awk, inkscape, php i MySQL - każdego po trochu; o śniadaniu nikt mnie nie poinformował, toteż zjadłem sam i spóźniony, o obiedzie również - toteż go nie zjadłem. Gorąco jak skurwysyn, okno na autostradę - ale mimo wszystko cisza i spokój, nikt mnie nie ruszał. Zaskoczył mnie prysznic - jakieś pierdolone bicze szkockie - przecież do cholery nie pojechałem do sanatorium - mikroskopijne otworki w dyszy, woda pod ogromnym ciśnieniem, i bez możliwości regulacji tychże otworków średnicy. Nie mogłem się pozbyć wrażenia, że jakieś ciało stałe non stop dźga mnie w plecy. Goście z banku przynudzili troszkę, więc zaczynamy po siedemnastej. Chwila pokazówki - dmesg budzącego się laptopa i tło konsoli z bocianem i napisem PLD Linux - wzbudzają dziwny szmer na sali. Biedaczek się zagrzał po całej nocy i troszkę sypał dziwnymi komunikatami po dmesgu - ale jak zwykle nie zawiódł. Szybki pokaz z grubsza pokrojonej grafiki i drobnych ajaxowych specjałów, okraszany iście amwayowską przemową mojego prezesowspólnika. Koniec; wychodzę, jem obiad w otoczeniu kobit po czterdziestce i młodych managierów co to wiele by chcieli, nie za wiele mogą, ale mówią trzy razy więcej niż ważą (ważą w sensie pozycji). Wychodzę - siadam na krzesełku przed hotelem, czuję żar rozgrzanego asfaltu oddającego już ciepło - dopada mnie myśl, że nie ma nic gorszego niż mieszkać przy autostradzie i nie móc pojechać nią w siną dal - patrzeć jak życie przejeżdża obok, czasem jedynie wyrzucając niedopałek przez okno (vide - chłopiec z jednej reklamy, który z utworu Jamesa Browna poznał tylko get uppaaaaa...). W lewo Piotrków, w prawo Tomaszów i blisko Skierniewice - krążysz pan, kluczysz. Jako że ostatnio właściwie nie piję, wypiłem symbolicznie - acz wystarczająco żeby doznać tego dziwnego uczucia, że alkohol ani nie działa ani nie smakuje - dziwne, to dopiero dwa tygodnie. Idę do jedynego chłodnego miejsca - sali konferencyjnej - nie mogąc znieść ani chwili pracy na tym gównianym laptopie (Acer - co to jest w ogóle?) - ekspresowo instaluję ten gprsowy modem na powerbooku. Dzwonię do Kaczego - ale nie ma go w Piotrkowie - jest źle, myślę. A będzie gorzej. Schodzę do sali bankietowej, szwędam się z cyniczną miną, z jedną słuchawką w uszach (combat 84!), nie zwracając raczej uwagi na ekipę łojącą wódę - już leciało disco polo - oho, grubo jest. Wychodzę na taras, w zamyśleniu połykam trochę dymu; podchodzi jedna z obecnych na konferencji pań, i rozmawiamy (kurwa...) o mojej pracy, w sensie tym co robię dla nich, przez chyba pół godziny - pani z gatunku tych miłych, ciepłych, nieszkodliwych i zafascynowanych techniką osób - jakoś mnie ta rozmowa podratowała - grzecznie, spokojnie. Wracam na salę - załapałem się na jakąś lufkę - ale no ni chuja, nie lubię już czystej - moje niezapijanie zawsze wzbudza zainteresowanie. Trzeźwy jak skowronek, szwędam się dalej, ostatecznie ląduję w pokoju, biorę dłuższy prysznic - te ostre jak brzytwy strugi wody doceniłem dopiero wtedy - oglądam chwilę telewizję - jest mi kurewsko źle - nie wiem kiedy zasypiam. Budzę się przed czternastą, a raczej budzi mnie pukanie Maćka - zaraz się zwijamy. Chwilę zakończenia, obiad, zbiorowa zabawa z fakturami w recepcji - kilka prób nagrania płytki z Psycho attack over Poland na tym jebanym Acerze kończy się fiaskiem - podejmuję decyzję o zakupie combo do powerbooka - tak dalej być nie będzie!. Powrót - zatykam uszy słuchawkami; chwila przerwy w Poznaniu, docieram do domu po 23. Jeszcze ze dwa dni czekania na laptopa dla ojca, i jestem Wolny. Plecak i buty same się rwą.
Pies mnie nie poznał.

...Moja dzisiejsza niespodzianka - zwrot podatku - rozpłynęła się jak kostka mlecznej czekolady w łapkach niemowlaka.

Tłumaczę matce, że Fred Perry to po prostu naprawdę dobra marka, i że w tej koszulce długo pochodzę, bo to żaden fajans - ale jednak nie dawało jej spokoju dlaczego akurat ta - na pewno jakaś faszystowska. Hie hie. Oi oi!

21 lipca 2006, 10:39:18

Wszyscy jesteście siebie warci - tak samo żałośni, tak samo bezradni, rozmemłani, obracający się w sferach oderwanych kompletnie od rzeczywistości, marudni i wiecznie marnujący czas. Czas dziwek bez szkoły. Ale kiedy staniecie przed wyborem: to czy praca do czwartej rano opłacana w niewielkiej tylko części pieniędzmi, bardziej za to niepewnością i szarpaniną - wybierzcie uważnie, bo odwrotu nie będzie.

Czekając na ciebie
i myśląc tylko o tobie
Pod błękitnym niebem
przy stacji benzynowej
Każda podróż się kończy teraz
Każda podróż się kończy tu
Zbliża się ostatnie lato XX wieku

10 lipca 2006, 19:39:27

Dla własnego dobra, bezideologiczny straight edge. Zaciśnięte zęby i skupiony umysł. Stajesz na głowie żeby wszystko wokół postawić na nogi. Byle dotrwać do tygodnia urealniania. Ostrożnie i profesjonalnie, ale serce nie sługa. Nie jest trudno błyszczeć w środowisku o kiepskim poziomie. Przyjemnie jest otaczać się równymi sobie. Sztuką zaś jest równać swój poziom w górę. Pierwszy krok to mieć do kogo równać. Dalej pozostaje kwestia determinacji, ale bezwarunkowo podpieranej wiarą i wizją celu. Celem ostatecznym jest szczęście. Szczęście jest wtedy, kiedy po prostu wiesz że jesteś szczęśliwy i spełniony - definicja rekurencyjna. Dla mnie nie ma innej.

30 june 2006, 00:09:11

Leżeć w małym, trawiastym zagłębieniu na szczycie Wzgórza i walczyć ze snem, ale jeśli tam zasnąć to z ciepłym uśmiechem. Uśmiechać się pod krzewem jaśminowca, upewnić się czy na polu to aby na pewno żyto, po raz pierwszy od dawna zwrócić uwagę, że to żyto całe usiane jest chabrami. Myślami wędrować dalej, widzieć ogromne kawały tynku odpadające z Pałacu Kultury jak w "Małej Apokalipsie", ale chłonąć też to co wokół. Piękno życia tkwi właśnie w takich momentach. Oświadczam wam, jakem ja, jeszcze kilka miesięcy obowiązków, a potem rzucam informatykę w cholerę, przynajmniej w takim wykonaniu w jakim obecnie ją uprawiam. Życia chcę. Festiwal minął bardzo szybko i dość spokojnie, tydzień odseparowania od upalnego miasta, spędzony od rana do wieczora w klimatyzowanej - ale klimatyzowanej dla błony filmowej, nie dla ludzi - kabinie wypełnionej hałasem projektorów i wentylatorów szaf 19". Kiepskie żarcie, ale nadrabiane nastrojem w restauracji i sączącymi się spod ścian dźwiękami standardów jazzowych. Mnóstwo ciekawych ludzi wokół. Nieśmiało mi i dziecięco - ale walczyć z tym nie zamierzam, wszystko ma swoje miejsce, męskość również. Pani, jakże wstać mam kiedym stertą głazów do ziemi przygniecion - serce jeno ulata, jak ptacy. Ale powiedz słowo, a i ja ulecę.

20 june 2006, 00:11:31

Z cyklu drobne powody do uśmiechu:

18 june 2006, 22:53:59
- oddaj mi moje płyty.
- ...
- ...
- oddaj mi moje dziewictwo.


Grube. Wzięte stąd.